poniedziałek, 27 września 2010

Odpowiedź na pytanie: Dlaczego nie miłość?

Obtłukiwanie szaromyślnych kieliszków, które jako korona czarna mi dziś akurat siadają na głowie.
Nie wiadomo czy ten labirynt tak Ci zaćmił na moment to głupiutkie serduszko czy te dwa urwipoły.
Na pewno patrzę i widzę pusty chłód ściany przez którą przechodzisz a ja z wózkiem niby pełnym Marzenek.
Potem schyla się nad nim granatowy żołnierz i mówi: ależ to małżeństwo pieli polskie zioło!
I bum! Rozczesuję włosy, zapinam pierścionek, siadam puszczykiem na kołku morskim i zaczynam pracować, Ty za to
gasisz ognie któreśmy zostawili porozrzucane po ziemskiej kuli bezładnie i milczysz poprawnie, bom przecież w pracy.
Uhahaha! Zdławia się zamysłem zgrozy poobiedniej nasz katorżnik pająk. Pomiędzy tym całym żałosnym rzutem melodii
jest hałas w czarnym kirze. Stoi to to w sieni jak zaduch rosołowy i szepcze szepcze belzebubowo o parę chwil spokojnej
starości. NIc to nie daje, bom przecież w pracy, a Ty na rozdrożu. Więc rośnie i rośnie i kładzie krótkie cienie
pianie siódmego koguta już, na pustym wciąż garnku. Nigdy nie zamienilibyśmy czarnego kota na klamkę. Chodzimy po
dachach prostych. Ja w ciężkich butach, Ty na boso. I kiedy wracam do domu, rzucam pod łóżko skrzydła, szafranię
się z myślą nieznośną że mnie nie słuchasz jak trzeba, Nie Po Kolei. Gleba cichutka rzuca nam w lutowym burczeniu
gęsie skóry, a my jak wariaci uciekamy w rozpaczy po wilcze. Głos wrasta mi w jednostajny wiersz który będę
ciskać na Twoje samotne mary do końca świata. Ulżyj mi...w pąku pigwy rzuć mnie wódce.

Patrz mi w oczy.

poniedziałek, 19 lipca 2010

A co kurwa.

Czym mam wymalować płot, który mi stoi głupi pośrodku podwórka i szerzy zarazę róż…?
Jak to się stało, że o! nagle ktoś dmuchnął w wiatraki a one zamiast się kręcić się otwierają i proszą o dotyki. Dziwne myślenie małego potwora, że wszyscy się bawią a ja leżę na stole i udaję ich żetony. Ty chyba też już tam do nich idziesz, zwracasz głowę, tylko jeszcze spojrzysz czy mi dobrze czapka leży…i odchodzisz. A to nieważne, że Wiera tylko umie spać w chlewiku ze swoimi słodkimi kotami? Że nie skrzypią ławki przy kościele? Że parki dzierżawią źli ludzie? Że zapada mi się ziemia pod nogą od razu jak na niej stanę w bucie, który, przecież wiesz, wiesz przecież, prawdziwy jest, bo brązowy. Głosy dusze w gardle stają, i pałają jak orzeszki. Nienawidzę tupotu wysokich pegazów na polnej drodze. I jak krążek kołuję się po karłowatych koronkach Twoich kolaży. Zbijam zachodnie bramy w teatr dla mnichów. Rozbuchane berety po zielonym niebie, co go wyjęłam z chłodziarki.

Zaraz zatańczę. Tylko za ten nerwowy śmiech poproszę stadion.

poniedziałek, 10 maja 2010

szosy, pobocza, werandy.

Domku mój.

Szrony ustały. Ucichły skrzepnięcia. Kukły spalone. Las rozszumiały.
Głos jeżynowy. Huśtawki zielone.

W bucie to wszystko chowam.
Tobie daję na barki snopy, sobie stawiam na głowie wodę.
Idziemy nadać sobie imiona, puszczy wyznać wiarę, duszka złożyć w maliny kłębek.
Światło pościelić. Kręgi na ziemi….

W Tobie zbieram szyszki…pamiętasz? W Tobie umykam.

Szkło stłuczone. Balet zatańczony.

My - grzesznicy, zgorszone mamy sobą dobro.

Jak tu znaleźć się. Na przestrzał. Piąty dzień wędrówki po gejzerach, granitach. Pątnicy. Czuwaj WielkoBrody.

Nie ma prozy. Są wiersze.
Słów poblask tylko. Utrzymuj w pionie nas. Łucznicy biegają mi po sercu.
Spokój Ducha.


Czuwaj.

niedziela, 31 stycznia 2010

rubież dusz

Nazywacie rzeczy po imieniu? A jak nazywacie czy czujecie, że to te dobre i immanentne? Te, których znaczenia nie pominęliście jakimś odrzutem w niebo albo w chaszcze?
Nie wolno zapomnieć o tych bazylikach, które czekają zaparowane od morza za szybą horyzontu. Prześwit. Bo śnił się raj. A śnił się Wam? Bo raj to Morze zaszczytne.
Po co pielęgnować te domy i świątynie jak można szałas zbudować i wystrugać krzyżyk?
To chyba zwariowanie ciągnie do ziemi świeżej…przecież wszystko przez ładnego szatana.
Głupi człowiek jest z rogiem na głowie. Płochliwie patrzymy w łeb konia Apokalipsy, żywimy się jakimś upadłym, zgodzonym światem, pragniemy piec chleb i haftować arrasy.
Nauka – przyjmujemy ją z naturalnością i przejęciem…patrzymy na trupie twarze bakałarzy i nagle myśl jak kula brzozowa trafia w lekką skroń:, dlaczego oni takie oczy mądre mają i patrzą tak wysoko? Dlaczego takie szczudła ukradli? Dlaczego sztuczka im umknęła gdzieś i myślą, że złapali...? Przecież to nie oni to wszystko wiedzą, przecież to nie oni mieli w ręce atom…Szubrawcy, Idioci, Wrony! Ohyda sztucznej wiedzy. Odtwórcy mistrzów mają mądrzejsze oczy niż mistrzowie. Śmiech w teatrze. HA! Lecą kruki i sowy. Upadamy…nie ma czasu…nie ma czasu…na chleb nie ma czasu, na wymianę kul w piórze, nie ma czasu na połów ani na żniwo…ani na patrzenie nie ma czasu…nic, nigdzie, niewiara. Karuzela czeka…chodźcie artyści…będziemy się bawić..

Awangarda – pogodzony, drewniany świat w beznadziei.

sobota, 16 stycznia 2010

Półgłośna rozpacz

Ale coś jednak w niej ładnego, jak w bańce brzucha matrioszki.
Puste godziny. Mijamy czyste powietrze i na siłę ładujemy się w brud i kontenerowe barwy.
Szare Eminencje Zachwytu…żałuję, że nie mam metalowej łyżki.
Gdybym chciała teatrem być, to tłum by mnie rozdrapał na gwoździe ostrymi butami bezskrupułowo wygiętymi płasko w serce matki ziemi. Ulica, w której dawno chciałabym chować się po piwnicach z karabinem, znika za kotarą. Tyk. Tyk. Doki zsypane w ugór. Zamiast Faunów, na pola wychodzą smoliste kozły.
Coście ludzie zrobili?

niedziela, 3 stycznia 2010

Rozprawa zabiedzonego światem:

Opuszczony step piekła…myśli,…co też w zimowe noce robić z kłębami brudnego pyłu w płucach, które od czasów martwienia się nauką tarzają się po mizerniutkim ciałku..? Im więcej życia przed wypchanymi oczami tym więcej sceptyki w wersetach tych głodnych kajetów, coraz więcej zadrzewionych, powywijanych marginesów i naturalnego przyjmowania piękna realności. Fantastyka i zachwyt nią odchodzi w jakieś dziwne czeluście pachnące zwyczajnymi, tekturowymi archiwami. Kryzys fundamentów poety. Nawet apokryfy stają się pozytywistyczne. Przez ostatnie lata zmieniło się dosłownie wszystko.

Romantyczne spoczywanie na gruzach starych, złotych miast. Przypinanie sobie nieistniejących orderów powstańczych, graty i strzępy…jednak coś pozostało…póki statki budują - chodźmy…


cdn