Obtłukiwanie szaromyślnych kieliszków, które jako korona czarna mi dziś akurat siadają na głowie.
Nie wiadomo czy ten labirynt tak Ci zaćmił na moment to głupiutkie serduszko czy te dwa urwipoły.
Na pewno patrzę i widzę pusty chłód ściany przez którą przechodzisz a ja z wózkiem niby pełnym Marzenek.
Potem schyla się nad nim granatowy żołnierz i mówi: ależ to małżeństwo pieli polskie zioło!
I bum! Rozczesuję włosy, zapinam pierścionek, siadam puszczykiem na kołku morskim i zaczynam pracować, Ty za to
gasisz ognie któreśmy zostawili porozrzucane po ziemskiej kuli bezładnie i milczysz poprawnie, bom przecież w pracy.
Uhahaha! Zdławia się zamysłem zgrozy poobiedniej nasz katorżnik pająk. Pomiędzy tym całym żałosnym rzutem melodii
jest hałas w czarnym kirze. Stoi to to w sieni jak zaduch rosołowy i szepcze szepcze belzebubowo o parę chwil spokojnej
starości. NIc to nie daje, bom przecież w pracy, a Ty na rozdrożu. Więc rośnie i rośnie i kładzie krótkie cienie
pianie siódmego koguta już, na pustym wciąż garnku. Nigdy nie zamienilibyśmy czarnego kota na klamkę. Chodzimy po
dachach prostych. Ja w ciężkich butach, Ty na boso. I kiedy wracam do domu, rzucam pod łóżko skrzydła, szafranię
się z myślą nieznośną że mnie nie słuchasz jak trzeba, Nie Po Kolei. Gleba cichutka rzuca nam w lutowym burczeniu
gęsie skóry, a my jak wariaci uciekamy w rozpaczy po wilcze. Głos wrasta mi w jednostajny wiersz który będę
ciskać na Twoje samotne mary do końca świata. Ulżyj mi...w pąku pigwy rzuć mnie wódce.
Patrz mi w oczy.
poniedziałek, 27 września 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)