Bóg dał, że śnię niepokój monumentalnych natur; śnią mi się szkarłatne zawieruchy pośrodku ogromnych schodów bazyliki, i rusztowanie pełne zmarłych baletnic czy też świec co roztaczają zapach ululanej sosny. Gniew jest silniejszy. rozwieram warkocz jak miodowy obrazek, w opuszczonej gorzelni nurtując zew spojrzeń w sarmacki ideał piękna, ten sam kosik świdrujący hebanową prostotą na czubku groty w której radzą młodziutcy rozbójnicy o takich zaczepnych wichurach we włosach o takich pieśniach zdiablonych i ramiennych jak z rękojeści gdzie zdrowa pantera mieszka. Rozkładam się w ciemnej trawie na uboczu złupionej i zostawionej jakby w pustej zorzy z dusznego balu niepodległych państw. poranne zdobienia n
a nożu, dobrane do tysiąca szklarń w których twoje garnizony, maestro, próbują się przebić przez kwiaty. powstanie też słaby artefakt na kozich jabłonich nóżkach z kociego serduszka wyjęty jak stare ciasto... zobaczyłam małego żubra w towarzystwie wysokich czarnoksiężników jak krew bije do mokrej ziemi tak mi mrok koronę stłukł z drzewa, głowę moją zdjął smukły jak carski grom botanik, zdjął jak pękatą larwę rosy głuchy strzelczyk botanik.
rozstawiłam tu sztalugi żeby prom nie zniknął za niebieską kotarą, a szloch nie bujał się w krzewie jagody. Bóg dał że niepokój nie odchodzi jak lisek pod gładkim prętem w futrze wyspanego gargulca. Bóg dał że niepokój się kisi w sali z wszystkimi samotnymi pocałunkami sztandaru i puchnie grobowym słońcem z miłością do chwiejnych pomników. lata się chorobą przypłaci, taką, że bryła pociągu runie w rój uśpionych moimi garściami kamyków.
zabieram atamana, diabła, sokoła do świętego czasu, im mniej zwycięstwa, tym więcej w krew wrzącą ogacam codzienny kamień kozackiej lancy, gdzie rebelia się tworzy górnej twierdzy malachitu.
wilczek spokoju ducha opada jak puch gałganu na skroń z prosa obrany i plutonem obsadzony.
bieg w rumianym bezładzie w rozrzuceniu piękności jak skrzynia jabłek na drewnianej drodze,
zlot tam się dzieje kurhanowych kucharzy, może baran się stoczy ze szczytu jak bóla skromnego prochu.
bajer praskiej furmanki zabitego już od jesieni króla, mamy zło, żołnierze, misją jest w butelce z kliszą dostać się na brzeg poroniony brodzeniem w wodzie bożym.
słyszycie, Bóg się odmierza w morzu, nie rozstępować aniołów, te w szarfach obrane z korzeni w kolczykach z owoców puścić flanką .nie bądźcie też szaleni,poniżenie Wasze poplącze się z urwiskiem boskiej kieszeni.
mówił nam hamak pełen malarzy spod ziemi że róże z pustych oczu- sadzą, się płoży.
rozmowy z mistrzami granic, gdzie miotają wojownicy kloszami z zimowych lornet.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz